PROGRAMOWANIE – PRZYKŁADY
IDE C++ WinBGI C# Wpadki

Wspomnienie

Wyjazdy rowerowe Kontakt


O Zdzichu i Tomku

Przełom października i listopada to zwykle czas szczególnych przemyśleń nad przemijal­nością ziem­skiego życia i wspomnień o ludziach, którzy odeszli przed nami z tego świata. Powodo­wani realiami codzien­nego życia stajemy przytło­czeni bezmiarem bezsilności zwłaszcza wtedy, gdy nasi bliscy krewni lub przyja­ciele odchodzą niespo­dzianie. Pochylając się nad ich mogiłami, staramy się odnaleźć sens zaistnia­łego faktu. Niestety, w roku 2008 zdarzyło się to dwukrotnie – odeszło od nas dwóch wspa­niałych, nieza­wodnych Przyja­ciół. W niedzielę 13 kwie­tnia zmarł po ciężkiej i krótkiej chorobie nasz współpra­cownik mgr Zdzisław Matuszak, którego wszyscy bez wyjątku nazywa­liśmy po prostu Zdzichem, a w ponie­działek 11 sierpnia zginął tragicznie we włoskich Dolomitach prof. dr hab. Tomasz Mazur, którego trakto­waliśmy jak naszego współpra­cownika, chociaż formalnie pracowni­kiem Katedry Informa­tyki nie był (pracował w Kate­drze Matema­tyki), i do którego zwraca­liśmy się równie krótko – Tomek.

Zdzichu urodził się 15 października 1943 roku w miejscowości Księżo­stany na Zamojszczy­źnie w rodzinie chłopskiej w czasach potwornej zawie­ruchy wojennej (rodzice z małym synkiem – starszym bratem Zdzicha – schronili się w lesie, gdy Niemcy palili ich rodziną wieś Huta Komarów, a gdy nie mieli do czego wracać, bo wieś została doszczętnie zniszczona, zamie­szkali w małej chałupie w Księżo­stanach, w której dach znalazło łącznie aż 17 osób). Zdzichu po ukończeniu Liceum Ogólnokształ­cącego im. Bartosza Głowackiego w Toma­szowie Lubelskim podjął studia na kierunku budowa maszyn na Polite­chnice Szczeciń­skiej, ale po roku zrezy­gnował. Potem przez dwa lata pracował w rodzin­nych stronach jako terenowy urzędnik gminny, a po odbyciu dwuletniej służby wojskowej rozpoczął studia matema­tyczne na Uniwersy­tecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, które ukończył w 1972 roku. Uzyskany dyplom magistra matematyki uprawniał do wykony­wania zawodu matematyka i informa­tyka. Zdzichu wybrał drugi, podejmując pracę jako progra­mista w Zakła­dzie Elektro­nicznej Techniki Oblicze­niowej w Lublinie. Po dwóch latach ożenił się z Ewą – koleżanką ze studiów i rodo­witą Radomianką, pracującą na stano­wisku asystenta na UMCS. W 1974 roku obydwoje przenieśli się do pracy w Wyższej Szkole Inżynier­skiej w Radomiu. Warto wspomnieć, że ta zmiana wyma­gała wówczas zgody dwóch pełno­mocników d.s. zatru­dnienia przy urzędach wojewódz­kich w Lublinie i Kielcach!

×

Zdzicha poznałem w październiku 1979 roku, kiedy to podjąłem pracę w Centrum Informa­tyki Wyższej Szkoły Inżynier­skiej w Radomiu. Niedługo potem, we wrześniu 1980 roku wykazał się wielką odwagą cywilną, tworząc w CI wraz z Grześkiem Kiedro­wiczem, Alą Siek i Witkiem Smykiem grupę inicja­tywną nowego związku zawodo­wego praco­wników nauki, techniki i oświaty, który chyba w ciągu dwóch tygodni znalazł się w struktu­rze NSZZ "Solidarność". Rok później niemal wszyscy przystą­piliśmy do strajku okupa­cyjnego, sprzeci­wiając się autokra­tycznym rządom ówcze­snego rektora radomskiej Uczelni. Strajk WSI Radom był jednym z najdłuż­szych w PRL, rozpoczął się w ponie­działek 26 paździer­nika, a został przerwany dokła­dnie po 7 tygo­dniach w pamietną, zaśnieżoną i mroźną niedzielę 13 gru­dnia. Zdzichu należał do kierowanej przez Jasia Kowalczyka sekcji porząd­kowej, której głównym zadaniem była ochrona uczestników strajku przeby­wających w dwóch budynkach przy ul. Malczew­skiego 29 przed niepowo­łanymi osobami z zewnątrz. Wiem, że później zajmował się niesieniem pomocy ludziom, którzy znaleźli się w potrzebie po wprowa­dzeniu stanu wojennego. Należał też do radomskiego oddziału Klubu Inteli­gencji Katoli­ckiej. Za przeko­nania i postawę spotkały Go represje ze strony ówczesnych władz radomskiej Uczelni. Z końcem września 1982 roku został zwolniony z pracy w charakterze nauczy­ciela akademi­ckiego, ale na szczęście pozwolono Mu pracować na etacie pracownika techni­cznego. Dopiero po "odwilży" mógł w paździer­niku 1992 roku powrócić do pracy dydaktycznej.

×

Od ukończenia studiów Zdzichu zajmował się zawodowo informatyką. Pracując w Katedrze Informa­tyki Polite­chniki Radomskiej, pełnił dodatkowo przez kilka lat funkcję wizyta­tora d.s. informa­tyki w Kura­torium Oświaty w Radomiu. Zawsze był bardzo sumiennym, punktu­alnym i rzetelnym pracowni­kiem, skromnym, bezkonfli­ktowym, bardzo życzliwym i niezwy­kle spokojnym człowie­kiem. Nigdy nie słyszałem, by kiedykol­wiek na kogokol­wiek podniósł głos. Miło było przebywać w Jego towarzy­stwie – już sama Jego obecność stwarzała swoistą atmosferę spokoju. Dbał o kulturę języka, lubił rozwią­zywać zagadki matema­tyczne, intere­sował się żywo historią Polski. Był prakty­kującym katoli­kiem, lecz w żadnym razie nie przypo­minał ani ascety, ani świętoszka. Gdy któregoś dnia wyjawiłem, że jeden ze spowie­dników zalecił mi, bym zmienił pracę (chodziło o niedzielne zajęcia na studiach niestacjo­narnych), z właściwym sobie dowcipem stwier­dził: "A on tylko pracuje w niedziele . Zabrzmiało to jak głos w dyskusji do jednej z wypo­wiedzi ks. Józefa Tischnera: "Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi". Zdzichu miał racjo­nalne podejście do każdej sprawy, niekiedy z pewną dozą przeni­kliwego i celnego humoru, nawet gdy dotyczyło to Jego osoby. Jestem przekonany, że w przeci­wieństwie do wielu ludzi nie bał się starości, której próg dopiero co przekro­czył. Traktował ją jako nieunikniony atrybut życia ze wszystkimi jej stronami ujemnymi i nieli­cznymi urokami. Był dobrym mężem, wspaniałym ojcem (trzy córki) i dziadkiem (wnuczka).

×

Najbardziej ulubionym miejscem wypoczynku były dla Zdzicha Tatry. Był ich wielkim miłośni­kiem, moja przygoda z Tatrami zaczęła się po części z Jego inicja­tywy. Przez wiele lat jeździ­liśmy w lecie wraz z rodzinami do Zakopanego, wynajmo­waliśmy kwatery w tym samym miejscu (obok domu Sztaudyngera w pobliżu Wielkiej Krokwii) i odbywa­liśmy wędrówki po tatrzańskich szlakach. Elementem naszego wypoczynku w Tatrach stały się ostatnio coroczne, cztero­dniowe wypady do Zakopanego organizo­wane we wrześniu tuż przed rozpo­częciem zajęć dydakty­cznych w nowym roku akademickim. Nazy­waliśmy je "rajdami dziadowskimi", bo ich uczestni­kami było czterech dziadków – oprócz Zdzicha i mnie jeździł na nie Grzesiek Kiedrowicz i Marek Pytlak. Niestety, odbyły się one tylko dwukrotnie i wobec zaistnia­łej sytuacji chyba nie będą kontynu­owane. Zdzichu brał też udział w niektórych wyjazdach i wyciecz­kach organizo­wanych przez Tomka Mazura. Jedną z najbar­dziej atrakcyjnych była wyprawa w Gorce kilka lat temu na przełomie kwietnia i maja (tzw. długi weekend). Baza wypadowa mieściła się w Ochotnicy Górnej, a kilku­dniowa wędrówka po zielonych górach z dywanami kwitnących krokusów i topnie­jącymi w słońcu resztkami śniegu została zakończona pieczeniem barana, śpiewem i tańcami na zielonej łące. Ostatnia piesza wędrówka, jaką odbyłem wspólnie ze Zdzichem i Tomkiem, miała miejsce wczesną wiosną 2007 roku, wiodła malowni­czymi szlakami przez Puszczę Kozienicką i szykujące się do Świąt Wielka­nocnych wioski w okoli­cach Garbatki.

×

Tomek urodził się 2 maja 1953 roku w Radomiu w rodzinie inteli­genckiej. Po zdaniu matury w IV Liceum Ogólnokształ­cącym im. Tytusa Chałubiń­skiego w Radomiu podjął, podobnie jak Zdzichu, studia na kierunku matema­tyka na Uniwersy­tecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Po ich ukończeniu w 1977 roku rozpoczął pracę naukowo-dydakty­czną w Wyższej Szkole Inżynier­skiej w Radomiu i jako młody pracownik brał udział w history­cznym strajku w 1981 roku. Oba stopnie naukowe w dziedzi­nie matema­tyki (analiza matema­tyczna) uzyskał na Uniwersy­tecie Jagielloń­skim w Krakowie (doktorat – 1985, habili­tacja – 2000). Opowiadał mi kiedyś, jak szacowne gremium wybrało spośród trzech zapropo­nowanych przez Niego tematów wykładu habilita­cyjnego temat zupełnie niematema­tyczny – o niezłomnej woli i pełnych wyrzeczeń dokona­niach Hrabiego Władysława Zamojskiego (1853-1924) na arenie międzynaro­dowej na rzecz przyłą­czenia Zakopanego i Morskiego Oka wraz z przyle­głymi terenami do Polski (wykup ziemi i lasów tatrzańskich na licy­tacji – 1889, racjonalna gospo­darka leśna, wielo­letnia batalia i wygranie procesu w Grazu o sprawie­dliwe wytyczenie granicy między Galicją a Węgrami – 1902, zapis wszystkich dóbr narodowi polskiemu). Nie wątpię, że wykład był niezwykle intere­sujący, bo Tomek kochał góry i potrafił barwnie opowiadać. Wykładał z wielkim zaangażo­waniem, dużo chodził przy tablicy, mówił głośno. Był popularyza­torem matema­tyki wśród młodzieży licealnej i nauczy­cieli. Uważał, że i fizyka powinna być nauczana na znacznie wyższym poziomie – stosownie do roli, jaką odgrywa w pozna­waniu świata i postępie cywiliza­cyjnym. Irytowało Go, gdy lepsi studenci wybierali nieambitne tematy prac dyplomowych, pozosta­wiając tematy bardziej ambitne studentom słabszym. Od kilku lat współpra­cował z Uniwersy­tetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od roku akademi­ckiego 2006/07 Uczelnia ta stała się dla Tomka podsta­wowym miejscem pracy – znalazł tam bardziej sprzyja­jące warunki do nauczania i upra­wiania matematyki.

×

Matematyka nie była jedyną pasją Tomka – drugą była turystyka. To dzięki Niemu wielu praco­wników Polite­chniki Radomskiej, ich dzieci, studentów i innych osób – przyja­ciół uczestni­czyło w gru­powych wyjaz­dach, których celem było narciar­stwo, turystyka górska, kajakar­stwo i wędrówka piesza po lokalnych trasach. Były to dwutygo­dniowe zimowiska narciarskie w Bukowinie Tatrzań­skiej i Krompachach na Słowacji, zimowe wejścia na Babią Górę pod koniec marca, wyprawy w Beskidy, Gorce i Pieniny na przełomie kwietnia i maja (długie weekendy) lub w czerwcu, letnie wyprawy w Tatry Polskie i Słowackie, lipcowe spływy kajakowe Pilicą, Nidą, Bugiem i Czarną Hańczą, a także jedno- i dwudniowe wędrówki piesze po przepię­knej Ziemi Kieleckiej (Zajączków – Chęciny, Nowa Słupia – Święty Krzyż – Łysica – Święta Katarzyna, wzdłuż Nidy od Pińczowa do Wiślicy z noclegiem pod gołym niebem na łące w okolicach Chrobrza) i Ziemi Radomskiej (wzdłuż Pilicy od Warki do Mniszewa, Szydło­wiec – Skarżysko, Marysin – Drzewica – Radzice, liczne wędrówki szlakami Puszczy Kozieni­ckiej). To dlatego Tomek nie chciał prowadzić zajęć na studiach niestacjo­narnych. Uważał, że człowiek nie powinien być niewol­nikiem pracy, że po pracy umysłowej należy się czynny wypo­czynek, a tury­styka piesza jest jedną z najlep­szych jego form. Gdy jedna z kole­żanek często odmawiała udziału w tych wędrów­kachch ze względu na zajęcia dydakty­czne w soboty i niedziele, któregoś razu powie­dział jej, że jest "niewolnicą Isaurą". Unikał funkcji kierowni­czych na Uczelni (zdarzyło Mu się przez trzy miesiące być kierowni­kiem Katedry Metema­tyki), ale przez lata był prezesem Oddziału Akademi­ckiego Polskiego Towarzy­stwa Tatrzań­skiego w Radomiu i członkiem Zarządu Głównego PTT.

×

Szczególnym wyzwaniem dla Tomka były wysokie góry – nie tylko Tatry, ale też Alpy i Pire­neje. Przez wiele lat wyjeżdżał tam w lecie na dwa tygodnie z zaprzyja­źnioną grupką osób. Moje bliskie kontakty z Tomkiem zaczęły się około 10 lat temu, kiedy to wracał do zdrowia po bardzo groźnym wypadku samocho­dowym, jaki Mu się przydarzył na auto­stradzie niedaleko Grazu w trakcie powrotu z jednej z takich wypraw do kraju. Chodził w gorsecie usztywnia­jącym po skompli­kowanej operacji kręgosłupa wykonanej udanie przez młodego chirurga w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Radomiu (!), bo polska służba zdrowia nie zechciała finansować jej przeprowa­dzenia na miejscu w Austrii. Tomkowi zawdzięczam przejście całej Orlej Perci w naszych Tatrach i dwie wspaniałe wyprawy w sierpniu 2001 i 2002 roku w Dolomity – alpejskie pasmo w pólnocno-wschodniej części Włoch, wyższe od Tatr o prawie 1000 m, ale bardziej bezpieczne, bo trudniejsze trasy wspina­czkowe (via ferraty) są dobrze ubezpie­czone umocowaną na stałe żelazną liną, do której turyści wyposażeni w specjalną uprząż górską przypi­nają się za pomocą karabiń­czyków. Najbardziej ambitną według mnie wyprawę popro­wadził Tomek w 2003 roku. Jej uczestni­kami, oprócz Niego, kierowcy busu i stałych bywalców Jego wypraw – Janusza z Warszawy i Leny z Radomia, było pięcioro studentów Polite­chniki Radomskiej. Wyprawa wiodła przez Marmoladę – najwyższy szczyt Dolomitów (3343 m), Gran Paradiso – najwyższy szczyt alpej­skiego parku narodowego w północno-zachodnich Włoszech (4061 m) i Mont Blanc – najwyższy szczyt Alp (4811 m), nazywany "Dachem Europy".

×

Marmolada – "Królowa Dolomitów" – zawsze przycią­gała Tomka. Jest nią właściwie masyw górski pokryty lodowcem, z wyrasta­jącymi zeń kilkoma wierzchoł­kami skalnymi, z których najwyższy – Punta Penia ma 3343 m, a drugi – Punta Rocca ma 3309 m. Na Punta Penia można się dostać częściowo ubezpie­czonym szlakiem – via ferratą, zaś na Punta Rocca można wyjechać kolejką linową. Pierwsza próba wejścia Tomka z grupą sześciu osób na Marmoladę w 2002 roku wiodła bezpośre­dnio przez lodowiec i zakoń­czyła się moim upadkiem i zjazdem na brzuchu około 30 m po chropo­watej powierzchni lodowca zanim udało mi się użyć czekanu. Na drugi dzień wyjecha­liśmy kolejką, by spojrzeć z góry na Dolomity. Rok później Tomek z Leną i trojgiem studentów zdobyli szczyt Punta Penia, wchodząc via ferratą. Ponie­działek 11 sierpnia 2008 roku okazał się dniem tragicznym – Tomek z żoną Leną weszli na Punta Penia i w drodze powrotnej, gdy już największe trudności zostały za nimi, Tomek spadł do głębokiej szczeliny i zmarł w wyniku odnie­sionych obrażeń. Stało się to tak nagle i cicho, że Lena, która zatrzy­mała się, by ściągnąć wierzchnią odzież, bo niżej było znacznie cieplej, nie zauwa­żyła momentu fatalnego wypadku. Nie sposób sobie wyobrazić, jak potem samotnie, wierząc, że Tomek żyje, i kierując się poglądowym planem na wyrwanej z przewo­dnika kartce podarowanej jej przez napotka­nego Czecha, błądząc dotarła po poko­naniu około 20 km do miejsca, w którym mogła wezwać pomoc. Być może nie doszłoby do nieszczę­ścia, gdyby zgodnie z wcześniej­szymi ustaleniami grupa łódzka, pod przewo­dnictwem wiceprezesa Oddziału PTT w Łodzi, połączyła się z grupą radomską. Dwa dni później Łodzianie próbowali wejść na Marmoladę, ale im się to nie udało. Któregoś dnia potem usły­szałem od Leny zdanie: "Opatrzność dała mi wspania­łego Człowieka, i Opatrzność mi Go zabrała . Zabrała Go również czworgu młodym ludziom wchodzącym w dorosłe i samo­dzielne życie – córce, synowi i dwojgu pasierbom.

×

Zdzichu i Tomek zawsze szli za imperatywem moralnym, kierując się niezłomnymi zasadami. Obaj nie mogliby żyć na emigracji. Cechowała Ich prawość charakteru, szlache­tność serca, przyzwy­czajenie do tradycji, odwaga cywilna, prostoli­nijność postępo­wania i skromność. Nie byli przyzwy­czajeni do wygód, nie potrzebo­wali komfortu. Ich strata jest szczególnie bolesna dla rodzin, jest także dotkliwa dla przyja­ciól, których mieli wielu, bo sami byli niezawo­dnymi Przyjaciółmi.

Interesujące łącza

1 Janusik W.: Tragedia w Masywie Marmolady, [w:] Co słychać? – Informator PTT 8/2008 (212), s. 1 i 3.
2 Morawska-Nowak B.: Kochał góry i matematykę, [w:] Co słychać? – Informator PTT 8/2008 (212), s. 2.
2 Dawidowicz A.L.: Kolega po fachu i kolega z PTT, [w:] Co słychać? – Informator PTT 8/2008 (212), s. 3.
4 Jakubczyk K., Mazur T.: Wyprawa w Dolomity 2002.

Październik/listopad 2008

KJ